Artykuł
Pokalanie. Fragmenty
Abstract:
Rano mnie kobieta szturcha, żebym wstawał
– bo ona też wstaje. Patrzy na mnie, ja
patrzę na nią. Ja na nią, ona na mnie, to ja na
siebie i na nią. Teraz znów na siebie patrzę
– a tu mi wstaje – gdański poranek niestrawnością
poraniony. Jak wstają, to ja razem
z nimi wstaję, ubieram bluzę z kapturem,
i prędko zabiegam by pobiegać, by toksyn
się pozbyć – bo czuję, że niestrawność ducha
i ciała od dni kilku mnie trapi. No więc, skoro
trapi, to ja będę biegun − pobiegnę! Bo jak złe
jedzenie, to i potem złe trawienie – ze złem
zaś się mierzyć trzeba i dość mieć odwagi
w trzewiach, by pobiegać i złogi z dwunastnicy
wytrząsnąć. No to wytrząsam. Po piętrach
budynku z czerwonej cegły się telepię i precz
z niego wychodzę, a nie do wychodka idę, ale
biegać. Z tego tu zakątka lasem otulonego,
co go gałęzie pod oknami pod pachę drapią,
wybiegam ja na czarną ulicę. Patrzę po tej
ulicy, a wciąż myśląc o dniach wczorajszych,
onegdajszych i dawniejszych – o demonach,
o nieszczęściu, o podchodach, o pochodach,
o Waw
Publikacja:
Teka
22-23,
Polska ejdetyczna